Jest gorzej niż w 2017 roku, a do końca tego roku jeszcze ponad 5 miesięcy. Wirus afrykańskiego pomoru świń jest wciąż groźny. Wystarczy jedno zarażone zwierzę, żeby trzeba było wybić całe stada. Ludzie tracą dorobek życia, nic więc dziwnego, że puszczają im nerwy. Tak było w miejscowościach Gęsi i Dawidy, w gminie Jabłoń, gdzie rolnicy próbowali powstrzymać powiatowego lekarza weterynarii przed likwidacją czterech hodowli.

Hodowcy świń ze wsi Dawidy i Gęsi powiedzieli, że lekarza weterynarii do chlewni nie wpuszczą. Zablokowali drogę, otoczyli lekarza weterynarii. Chcą by zwierzęta, które wirusem zarażone nie są, przeżyły.

To nie jest nasze widzimisię - mówią lekarze weterynarii - tylko precyzyjnie określone ministerialne wytyczne i zdrowy rozsądek.

Wirus ASF wciąż nie daje o sobie zapomnieć. Mało tego, ze statystyk jasno wynika, że pojawia się częściej niż przed rokiem. Winą za to weterynarze obarczają samych hodowców. Mówią o nieużywanych płaszczach i butach niezbędnych w procesie bioasekuracji, o niezarejestrowanych świniach, które znajdują w chlewniach i o tym, że odszkodowanie jest gwarantowane wtedy, gdy zasady bezpieczeństwa były przestrzegane. Sami hodowcy mówią, to zrzucanie całej odpowiedzialności na nich samych gdy toną w długach jest niemoralne.

Od początku roku w całym kraju służby weterynaryjne odkryły już ponad 2,5 tys. dzików z dodatnim wynikiem występowania wirusa ASF. W czwartek hodowcy ze wsi Dawidy planują o swojej sytuacji mówić na posiedzeniu komisji rządowej ds. rolnictwa.