Od czwartku w szpitalu w Biłgoraju ma zostać z powrotem otwarty oddział wewnętrzny, choć końca konfliktu tam nie widać. O wyższe zarobki walczą pielęgniarki, które postanowiły udać się na urlopy zdrowotne. Działanie placówki było sparaliżowane. Sytuację komplikuje fakt, że zarządza nią prywatna firma, która znalazła się w stanie upadłości, a karty rozdaje teraz syndyk masy upadłości. W środę o wynagrodzeniach dyskutowano w szpitalu.

Najbardziej wymagającym pacjentem w Biłgoraju jest sam szpital. Placówka jest zadłużona, pielęgniarki domagają się wyższych pensji, a kilkadziesiąt z nich udało się na urlopy zdrowotne. Wobec braków kadrowych, pacjentów trzeba odsyłać do innych szpitali. Ale - jak mówią same pielęgniarki - to nie ich wina.

Sytuację komplikuje fakt, że grupy zawodowe w szpitalu są wynagradzane w różny sposób. Paradoksem jest to, że pielęgniarka, która dopiero przychodzi do pracy, zarabia więcej od tej, która pracuje już w placówce od kilku lat. System wynagrodzeń w biłgorajskim szpitalu przypomina węzeł gordyjski, a sam personel do końca nie wie, kto ile zarabia a zarabiać powinien.

Konflikt płacowy odbija się na pacjentach, choć dyrekcja szpitala zapewnia, że personel robi wszystko aby tego nie odczuli.

Do środy nie funkcjonował oddział chorób wewnętrznych. Pełna obsada ma wrócić w czwartek i tym samym oddział ma zostać znowu otwarty.